Psyche

Maj 4, 2008

Kolorowe wzorki, jeden za drugim, układają się w sens życia. Co krótką chwilkę zmieniają swoje pozycje, nigdy jednak nie gubią samego sensu. Cały czas wpatruję się w nie i sycę się ich widokiem. Przyjmuję całe ich promieniowanie, jakie wysyłają w moją stronę, ale dzieje się to dopiero po oczyszczeniu z konkretu. Dlaczego? Bo z konkretem nie ma oświecenia. Nie myślę, nie analizuję, nie tworzę niczego, nie jestem werbalny ani telepatyczny w przekazie, nie jestem w końcu samym przekazem. Ograniczam się do czucia. To piękne, że czuć głębiej i pełniej można dopiero wtedy, kiedy wszystkie osiągnięcia cywilizacyjne wyrzuca się za siebie, połyka je czarna dziura. Z istoty społecznej staję się empatycznym introwertykiem i płynę z dzikim nurtem własnego wnętrza.
Potem jest jeszcze lepiej. Błogi spokój, harmonia, równowaga, jing i jang.
Aż wszystko się nagle kończy. Trochę żałuję, że tym razem nie dostałem intelektualnego orgazmu. Może przy okazji następnej wizyty w środowisku kwasowym się uda.

Jak daleko jesteś od śmierci, kiedy przechodzisz po pasiastym fragmencie ruchliwej ulicy? Ile centymetrów dzieli cię od niej, kiedy, idąc chodnikiem, mijają cię z szumem sunące po szosie samochody? Nieraz pewnie patrzysz w jej skupione na tobie oczy. Niby nieświadomie, ale z pewnym przeczuciem. Coś w środku, jakiś instynktowny sygnał wysyła do mózgu informacje o całej sytuacji, o zagrożeniu istnienia, a może to po prostu jej przeszywający obojętnością wzrok tak na ciebie działa. Wszystko jedno – ona jest. I czuwa. Czuwa doskonale, bo nigdy nie przysypia, ani nie gubi tropu. Wręcz staje się swoją ofiarą – wie, jak toczy się jej życie i z kim akurat rozmawia przez telefon. To niewiarygodne, jak przy tym udaje się nam żyć długo i spokojnie. Nie każdemu, ale wielu tak. Może to przez to, że jej obecność jest tak oczywista, że o niej zapominamy, tak jak o każdych oczywistościach.

Czasami w przypływie impresji przewijają się myśli w mojej głowie o jej podłym charakterze. Taka wredota z niej; mszcząca się, zimna, wyrachowana suka. Nie sposób lubić kogoś działającego takimi metodami, zwłaszcza odbierającego najbliższych. To jest po prostu szaleńczo nieprzyjemne, chyba dla każdego, kiedy ona pojawia się w wybuchającej bombie, zaropiałej żyle, czy przypadkowo wypuszczonym z ręki nożu. Wtedy maszyna nienawiści, napędzana losowymi przykrościami osiąga apogeum mocy. Mimo to żaden z pocisków pewnie zmierzających ku wyznaczonemu celowi do zniszczenia nie potrafi jej nawet w minimalnym stopniu musnąć. Taki jej urok.

Może to i lepiej dla wszystkich, że nie gra pierwszoplanowej roli w naszych mózgach. Nie każdego byłoby stać na równie intensywne myśli o czymś innym. Na kogoś spadłaby też pewnie szybciej, niż planowała, jako fortepian całkowicie niezamierzenie spuszczony z 11. piętra wieżowca. Może nasze skryte obszary nie!-świadomości wiedzą dobrze, co serwują świadomemu trybowi egzystencji. A może nie, tylko mamy zwykłego farta.

Zasłuchany w muzycznym świecie szedłem dzisiaj jednym z wielu chodników świata. Przeszedłem przez ulicę i dalej kontynuowałem drogę na chodnikowej ścieżce, już innej. Przemaszerowałem jeszcze kawałek i zobaczyłem parę zimowych butów – wydaje się, że nic nadzwyczajnego. Stały na środku jezdni, obok nich leżała bezwładna kurtka, bezwładna torebka i kilka czerwonej barwy równie bezwładnych co torebka i kurtka chusteczek. Nieopodal jeszcze dwie karetki, wóz policyjny i tłum ludzi. Przez szybę jednej z karetek można było dostrzec postać opatuloną szczelnie przez czarny kaftan. Tym razem śmierć czaiła się w masce samochodu. Kilka centymetrów od niektórych.